Jednym z nielicznych rzeczywistych sukcesów prezydenta Baracka Obamy jest nie tyle samo „poprawienie opinii o Ameryce” w świecie, ile sprawienie, że lewicowcy zachodnioeuropejscy zostali zmuszeni do zaprzestania swej ulubionej rozrywki, jaką było atakowanie wszystkiego, co amerykańskie. Zjawisko to nie objęło niestety w tym samym zakresie Polski, gdzie osoby programowo i ideologicznie niechętne Stanom Zjednoczonym nadal starają się działać na rzecz pogarszania naszych stosunków z tym mocarstwem.
Od czasu odzyskania przez Polskę niepodległości zwolennicy ancien régime z upodobaniem powtarzają mantrę, że „Stany Zjednoczone są jak Związek Radziecki”, narzucają swoją wolę Polsce i traktują nasze władze przedmiotowo. Hipokryzją byłoby zaprzeczać, że urzędnikom amerykańskim zdarzają się zachowania aroganckie. Akredytowani w Warszawie dyplomaci próbują na przykład zlecać sekretarkom kontakty z pracownikami polskiego MSZ – a w dwóch przynajmniej wypadkach najwyżsi rangą członkowie polskiego rządu nie zastali swych amerykańskich rozmówców w umówionym czasie i miejscu. Ale tego rodzaju incydenty nie mogą przesłaniać kwestii strategicznego miejsca Stanów Zjednoczonych w polskiej polityce zagranicznej. Ponad pół wieku temu spory w administracji amerykańskiej ułatwiły przejęcie przez komunistów władzy w Chinach – po czym przez kilka dekad oskarżycielskim tonem zadawano sobie nawzajem pytanie „kto utracił Chiny?”. Byłoby bardzo niedobrze, gdyby przyszłe pokolenia w Polsce musiały się zastanawiać „kto utracił Stany Zjednoczone?” – tym bardziej, że w tym przypadku o ich odzyskanie byłoby znacznie trudniej.
Dla polskiej racji stanu ważne są nade wszystko trzy obszary: Unia Europejska, Rosja i właśnie USA. Dwa pierwsze stanowią swoisty constans: nie należy się łudzić, że Moskwa w tym czy następnym pokoleniu pozbędzie się ambicji ekspansywnych czy dominacyjnych, Unia zaś, czy wręcz Europa, stanowi dla nas z oczywistych względów trwałą opokę, nawet jeśli nie dość jeszcze utwardzoną. Stany Zjednoczone są natomiast prawdziwym wyzwaniem dla Polski, a przynajmniej powinny nim być. W zależności bowiem od naszej własnej skuteczności możemy w nich mieć ważnego sojusznika, albo sprawić, że mocarstwo to stanie się obojętne na nasze losy.
Od 1989 r. relacje polsko-amerykańskie rozgrywały się tak na płaszczyźnie rzeczywistej, jak i symbolicznej. Ale tylko osoby o intencjonalnie krótkiej pamięci przypominają w takim kontekście wyłącznie nasz udział w walkach w Iraku czy Afganistanie. Jest bowiem przejawem małostkowości zapominanie, że to Stanom Zjednoczonym Polska zawdzięcza fundusz stabilizacyjny i podtrzymanie waluty. To do Warszawy zwrócił się swego czasu Waszyngton z prośbą o reprezentowanie interesów amerykańskich w Iraku, co zawsze uważa się za gest wyjątkowej sympatii i docenienia pozycji państwa. Bez względu też na ich własne motywy, co w polityce zagranicznej jest oczywiste, to wyłącznie Stanom Zjednoczonym zawdzięczamy nasze członkostwo w NATO. Z dzisiejszej perspektywy jest to banał, ale warto pamiętać, że w połowie lat 90. wiele ważnych państw europejskich było zdecydowanie przeciwnych rozszerzeniu Sojuszu, co w kontekście obecnej polityki rosyjskiej postawiłoby nas dziś w wyjątkowo trudnej sytuacji.
Ostatnia dekada XX w. była też okresem znakomitej, korzystnej dla obu stron pracy dyplomatów polskich w Waszyngtonie i amerykańskich w Warszawie. Cokolwiek by mówić o nowoczesnych środkach komunikacji, w tworzeniu atmosfery dla stosunków bilateralnych nic nie zastąpi nieformalnych spotkań, rozmów przy kolacji czy drinku. Ale był to też czas, w którym polscy politycy i dyplomaci popadli w naturalny skądinąd stan lenistwa w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi. Po części zawinił zrozumiały brak kadr, po części wiano, jakie w nową rzeczywistość wnieśli dawni urzędnicy, przyzwyczajeni do wykonywania decyzji podejmowanych poza Polską. W rezultacie z naszej własnej woli wytworzył się schemat wyczekiwania na decyzje Waszyngtonu – i wcielania ich w życie, lub okazjonalnego polemizowania z nimi, bez prób jednak występowania z własnymi inicjatywami.
Smutnym paradoksem polskiej polityki zagranicznej jest bowiem, że obszarem, na którym mamy najwięcej do zyskania lub stracenia, nie zajmuje się w Polsce żadna instytucja badawcza, a politycy od dwudziestu już lat wykonują mało skoordynowane posunięcia, w których trudno się doszukać jakiejkolwiek konsekwencji. Analizowaniem sytuacji i proponowaniem rozwiązań w zakresie polityki wschodniej zajmuje się w Polsce kilka instytucji, na czele z Ośrodkiem Studiów Wschodnich; w sprawach europejskich, z natury rzeczy, specjalizuje się cały szereg jednostek badawczych. Nikt natomiast nie prowadzi badań nad Stanami Zjednoczonymi, ich polityką zagraniczną czy wewnętrzną – i nikt nie formułuje w tym zakresie sugestii dla rządzących ani nie przedstawia alternatywnych rozwiązań pojawiających się problemów.
Brak niezależnego spojrzenia z zewnątrz okazał się szczególnie bolesny w procesie reagowania na amerykańską propozycję umiejscowienia w Polsce elementów tarczy antyrakietowej. Z jednej strony natychmiast dali znać o sobie przystrojeni w różne szaty pogrobowcy wasalskiej polityki prosowieckiej czy prorosyjskiej. Zgoda na tę instalację byłaby bowiem niezwykle mocnym podkreśleniem specjalnych stosunków łączących Polskę i Stany Zjednoczone, trwale zakotwiczałaby w Polsce amerykańską obecność wojskową, czyniłaby z Polski ogniwo łańcucha bezpieczeństwa o żywotnym znaczeniu dla USA. Na to właśnie Moskwa nie chciała wyrazić zgody, ubierając swój sprzeciw w całkowicie absurdalną formę zagrożenia swego bezpieczeństwa przez pozbawione jakiegokolwiek ładunku wybuchowego pociski rakietowe.
Wyraziciele rosyjskich interesów wyrażali też głęboką „troskę” o pieniądze amerykańskiego podatnika, których jakoby szkoda było na broń tak niedoskonałą. Wszystko to jednak można potraktować w kategoriach folkloru politycznego. Bez porównania poważniejsze konsekwencje miało natomiast niezrozumienie zasad funkcjonowania sojuszów nawet przez osoby, które trudno posądzać o mechaniczny antyamerykanizm. A przecież do elementarza stosunków międzynarodowych należy reguła, że sojusz to nie jest kilka kartek papieru, lecz wieloletni obustronny wysiłek, budowanie zaufania, tworzenie autentycznych więzi. A zarazem tak budowane zaufanie można łatwo utracić nawet na skutek jednego nieprzemyślanego posunięcia.
Polskę i Stany Zjednoczone łączy Sojusz Północnoatlantycki, wraz z jego artykułem V. Stanowi on jednoznacznie, że o zakresie i formie ewentualnej pomocy decyduje za każdym razem państwo, które miałoby takiej pomocy udzielić. Tak ostrożne sformułowanie było konieczne ze względu na pochodzącą jeszcze z czasów Washingtona amerykańską tradycję niewiązania sobie rąk przez Stany Zjednoczone obietnicami bezwarunkowej pomocy. Tylko raz w swej historii Ameryka podpisała sojusz bezwarunkowy: z Francją w 1788 r. Ale i wówczas tylko Francja wywiązała się z jego postanowień, dzięki czemu powstały Stany Zjednoczone. Gdy jednak przyszedł czas na rewanż, Washington złamał postanowienia traktatu i ogłosił neutralność swego kraju: pomimo długu wdzięczności wobec Francji, o decyzji Stanów Zjednoczonych przesądził ich własny interes, którego nie były w stanie zrównoważyć stosunkowo słabe związki
z Francją.
Niepomne historii, władze Polski zlekceważyły oczywistą potrzebę wzmacniania wzajemnych więzi, koncentrując się na staraniach o zawarcie dodatkowego dwustronnego sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi – jakby jeden dokument mógł w tym względzie skutecznie zastąpić inny. Rzecz bowiem w tym, że każdy nowy traktat zawierany przez rząd Stanów Zjednoczonych musiałby mieścić klauzulę uzależniającą ewentualne przyjście z pomocą przez ten kraj od suwerennej decyzji Waszyngtonu, w tym Kongresu. O wiele większe znaczenie dla bezpieczeństwa Polski miałoby natomiast cierpliwe utrwalanie w świadomości polityków amerykańskich poczucia, że mają do czynienia z państwem gotowym do oferowania wsparcia – a nie tylko domagania się go.
Tylko bowiem butni ponad wszelką miarę politycy czy komentatorzy mogą żywić przekonanie, że z perspektywy Waszyngtonu Polska jest krajem zasługującym na szczególne względy. Takie myślenie było zawsze błędne i niebezpieczne, ale obecnie szczególnie wyraźnie rozmija się z rzeczywistością polityczną.
Gdy Barack Obama ubiegał się o prezydenturę Stanów Zjednoczonych, wielokrotnie wspominał o potrzebie lepszej współpracy z Europą. Jego europejscy entuzjaści słyszeli w takich wypowiedziach tylko obietnicę konsultowania decyzji amerykańskich z europejskimi sojusznikami i mało kto rozumiał, że Obama zapowiada nie tylko wspólne podejmowanie decyzji, ale przede wszystkim wspólne ich realizowanie – i opłacanie. Po szybkiej turze spotkań, jakie prezydent Obama odbył w Europie wkrótce po swym zaprzysiężeniu, okazało się jednak, że Europejczycy nie są skłonni zredukować swoich rozdętych programów socjalnych na rzecz zwiększenia budżetów wojskowych, w kryzysie zaś nie sposób znaleźć dodatkowych źródeł finansowania.
Jeżeli amerykański prezydent miał zresztą w tym względzie jakiekolwiek wątpliwości, utracił je zapewne po reakcji Europy na swą prośbę o zwiększenie kontyngentu wojsk NATO w Afganistanie. Wszystkie państwa starego kontynentu zgadzają się, że interwencja w tym kraju musi zakończyć się zwycięstwem Sojuszu – ale bardzo niewiele z nich jest gotowych ponieść koszty uczestnictwa w takiej operacji, szczególnie w formie zwiększenia swego kontyngentu wojskowego. Polska zalicza się do nielicznych chlubnych wyjątków w tym zakresie – ale ograniczona z konieczności wielkość naszej grupy sprawia, że to, co nad Wisłą zdaje się wielkim wysiłkiem militarnym, w Pentagonie bywa w ogóle niedostrzegane.
Nie sposób nie zauważyć, że relacje polsko-amerykańskie znajdują się w najniższym punkcie od odzyskania niepodległości. Ich pogarszanie rozpoczęło się zapewne od całkowicie niezrozumiałej decyzji o niekierowaniu do Sejmu podpisanej umowy polsko-amerykańskiej w sprawie tarczy antyrakietowej. W praktyce międzynarodowej zdarza się, że parlament odmawia zgody na ratyfikację podpisanych umów – jak miało to miejsce choćby w przypadku odrzucenia przez Senat amerykański traktatu wersalskiego.
Czym innym jest jednak zdezawuowanie własnego podpisu przez rząd, co jest w oczywisty sposób krokiem nieprzyjaznym w stosunku do partnera. Być może błąd, o ile był to błąd, leżał już w samej przyjętej przez Polskę procedurze: umowę potraktowaną przez nas jako wymagającą pełnej ścieżki ratyfikacyjnej, rząd amerykański uznał za tak mało istotną, że do jej przyjęcia wystarczył podpis członka gabinetu. Jakkolwiek sprawy się miały, strona amerykańska dopełniła wszelkich czynności wymaganych dla wejścia w życie umowy, strona polska natomiast nawet takich działań nie zainicjowała.
Stało się tak zapewne wskutek skrajnej niekompetencji, choć nie można wykluczyć, że „sprytnym” powodem była chęć przypodobania się nowej administracji. Zasada ciągłości polityki zagranicznej traktowana jest jednak w Stanach Zjednoczonych nader poważnie i despekt pod adresem jakiejkolwiek administracji jest despektem pod adresem państwa. Inna sprawa, że postępowanie rządu polskiego sprawiło, iż niechętny tarczy Biały Dom Obamy mógł bez trudu zdezawuować ten projekt: skoro umowa nie weszła w życie, nie było nawet potrzeby jej wypowiadania.
Jeżeli ktoś myślał jednak, że w ten sposób Polska zyska wdzięczność Obamy, musiał zrewidować swoje poglądy. Decyzja o zmianie stanowiska Stanów Zjednoczonych ogłoszona przy tym została w niezwykle brutalnej formie; co więcej, kontrolowane przecieki waszyngtońskie wskazywały na polskiego ministra spraw zagranicznych jako winnego niedyskrecji i wymuszenia upublicznienia tej decyzji w trybie awaryjnym. Sugestie te zostały zresztą później wzmocnione odmową przyjęcia ministra Sikorskiego przez panią sekretarz Clinton, choć specjalnie w tym celu poleciał on do Waszyngtonu. W praktyce dyplomacji zdarza się konieczność nagłej zmiany planów, ale ministra sojuszniczego państwa poproszono by o przedłużenie pobytu i odpowiednio przearanżowano kalendarz gospodarza. Nic takiego nie miało jednak miejsca – i trudno zaiste o bardziej ewidentny i brutalny dowód, jak drastycznemu obniżeniu uległa nasza pozycja w Waszyngtonie.
Nie jest to przy tym wyłącznie wina naszej dyplomacji i naszych polityków. Jakiś wkład w negatywne postrzeganie Polski mają z pewnością bezsensowne antysemickie wypowiedzi niektórych przywódców polskiej emigracji w Chicago – mieście, z którego pochodzi najbliższy doradca prezydenta Obamy. Tylko osoby bez jakiegokolwiek doświadczenia w dyplomacji mogą bowiem sądzić, że upokarzanie Polski przez odkładanie decyzji o składzie delegacji amerykańskiej na obchody rocznicy wybuchu II wojny światowej było efektem niezrozumienia wagi tego wydarzenia przez Biały Dom. Ale znacznie ważniejszym powodem znikania Polski z politycznego radaru Waszyngtonu było i pozostaje zniknięcie z niego całego obszaru tak zwanej Europy Środkowo-Wschodniej.
Nawet tak konsekwentny i lojalny zwolennik Obamy, jak profesor Zbigniew Brzeziński, nie mógł nie zauważyć w swym niedawnym artykule w „Foreign Affairs”, że nowa administracja amerykańska pozostawiła samym sobie nie tylko Gruzję, lecz i Ukrainę. Prawda jest jednak jeszcze groźniejsza: jeżeli „stara” Europa została uznana przez Obamę i jego doradców za niewartą większej uwagi, to nasz region nie mieści się nawet na obrzeżach politycznej mapy Białego Domu.
Czy można jednak inaczej traktować obszar, którego największe państwo, czyli Polska, toczy heroiczny bój o oparcie bezpieczeństwa swego terytorium na jednej baterii rakiet Patriot, czyli na sile rażenia odpowiedniej dla ochrony niewielkiego budynku, jakim jest Biały Dom? I czyni to w sytuacji, gdy jest oczywiste dla wszystkich zainteresowanych, że w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie miała środków na zakup kolejnych takich jednostek?
* * *
Stosunki polsko-amerykańskie znalazły się obecnie w punkcie krytycznym. Polska nie jest w stanie skutecznie przełamać niechęci obecnego prezydenta USA do naszego regionu – ale to nie znaczy, że możemy pasywnie oczekiwać na rozwój wydarzeń. Polska może nigdy nie potrzebować wsparcia Ameryki i jej sił zbrojnych. Może się jednak równie dobrze okazać, że takie wsparcie będzie dla nas niezbędne. W najlepiej rozumianym interesie Polski leży zatem podjęcie w możliwie szybkim czasie szeregu działań wymagających wyobraźni i wzniesienia się ponad poziom doraźnych niesnasek.
Z oczywistych względów takie uzgodnienia nie mogą być zaproponowane jednostronnie ani przez prezydenta, ani przez premiera – choć dla swej skuteczności muszą być zaaprobowane przez te obydwa ośrodki władzy.
Wydaje się niezbędne podjęcie działań przynajmniej na dwóch obszarach:
I. powołanie grupy ad hoc celem dokonania analizy stanu i perspektyw stosunków RP-USA.
Grupa taka musi działać bez jakichkolwiek założonych tez i nie może być związana z żadnym ze skonfliktowanych ośrodków władzy. Jest możliwe, że z grupy tej powstałaby następnie stała instytucja badawcza, prowadząca bieżącą analizę polityki amerykańskiej i stosunków polsko-amerykańskich oraz przygotowująca odpowiednie raporty do wykorzystania przez decydentów.
Warto w tym kontekście mieć na uwadze, że przy Uniwersytecie Warszawskim istnieje już forum dyskusyjne, zrzeszające osoby dobrze znające problematykę amerykańską: naukowców, polityków różnych ugrupowań, businessmanów czy finansistów. Forum to mogłoby stanowić dobre zaplecze dla grupy ad hoc i źródło pozyskiwania jej członków.
Grupa ta powinna postawić przed sobą dwa zadania:
1. Zaproponowanie jednego-dwóch priorytetów polityki Polski wobec Stanów Zjednoczonych.
Brak określenia rzeczywistych priorytetów jest największym problemem polskiej polityki zagranicznej, zapewne nie tylko w stosunku do Stanów Zjednoczonych. Polscy politycy, zapytywani przeze mnie swego czasu o jedno „życzenie dla złotej rybki” w stosunkach z USA, nie byli w stanie wskazać takiego zagadnienia, zaś wysoki urzędnik MSZ z dumą stwierdził, że Polska ma aż kilkanaście „priorytetów”. Wzorem winno być w tym wypadku postępowanie samych Amerykanów z okresu, gdy starali się o zamówienie na samoloty F-16. Wówczas każdy mniej lub bardziej oficjalny gość, bez względu na charakter swej wizyty, rozpoczynał spotkanie od słów „nazywam się tak a tak, F-16 to wspaniałe maszyny” i dopiero po tym wstępie przechodził do celu swych odwiedzin.
2. Przedstawienie alternatywnych scenariuszy stosunków dwustronnych i możliwych działań strony polskiej.
II. W bardziej formalnym gronie należy przyjrzeć się sine ira et studio polskiej placówce w Waszyngtonie – szczególnie, że i ambasada USA w Warszawie nie przejawia takiej aktywności w stosunkach bilateralnych, jak dawniej. Szefem placówki winna jak najszybciej zostać osoba o uznanym w Stanach Zjednoczonych autorytecie, a zarazem dobrych kontaktach wśród polityków polskich najwyższego szczebla. Nie jest to w żadnej mierze krytyka obecnego ambasadora, który jako bardzo sprawny urzędnik mógłby z powodzeniem pełnić podobną misję w innym kraju. Niemniej nadzwyczajne okoliczności wymagają nadzwyczajnych działań, a tylko wyjątkowa postać może w chwili obecnej liczyć na uwagę w kręgach decyzyjnych Waszyngtonu.
Postulat powyższy jest oczywiście nader trudny do realizacji, zważywszy na rozliczne uprzedzenia panujące wśród polskich polityków, którzy irracjonalnie negują wszystkie wyrazistsze kandydatury. Ale nie ulega też wątpliwości, że bez zgody wszystkich zainteresowanych ośrodków władzy na taki wspólny wysiłek, podejmowanie go nie ma sensu.
***
Tekst z książki “Rzeczpospolita na arenie międzynarodowej. Idee i praktyczne dylematy polityki zagranicznej” (Kraków-Warszawa 2010), pracy zbiorowej pod redakcją Jacka Kloczkowskiego i Tomasza Żukowskiego, zawierającej artykuły rozwijające tezy wystąpień z cyklu konferencji eksperckich, organizowanych przez Ośrodek Myśli Politycznej dla Kancelarii Prezydenta RP w latach 2008-2009.









